niedziela, 18 września 2011

Jędrzej z Pałkot

Rok 1409. Otępiałym wzrokiem mieszkańcy wioski Grunwald przyglądali się przedziwnie wyglądającej grupie ludzi, która od świtu przewalała się przez okoliczne drogi (oraz bezdroża), przenosząc różne ostre przedmioty, rozkładając namioty i rozpalając ogniska. Doliczono się również dwóch ostrych mieczy. Zatem rozesłano wici, a to z powodu strachu przed rycerzami w stali, którzy pojawiali się nagle i znikali, nierzadko z całym dobytkiem wioski. Tym razem wici rozesłano, ale wszystkie wróciły. Było w tym coś wysoce niepokojącego. Rada starszych, po długim głosowaniu, wybrała na ochotnika człowieka, który miał wykonać niełatwe zadanie i wyjaśnić sytuację. Według niektórych obserwatorów, zadanie przerastało siły wielu ludzi. Ale tym kimś był znany ze swojej pomysłowości, Jędrzej z Pałkot, zwany Palonym Kitem. W końcu to przecież on wymyślił i zastosował Tarczę przeciw Włóczniom Dalekiego Ciskania. 

Tarcza Palonego Kita

Sąsiadami Grunwaldzian, byli wysocy, osiągający 140 cm wzrostu, bardzo bojowi ludkowie z plemienia Cisków. Do polowania używali w zasadzie wyłącznie długich kijów, które - po zaostrzeniu i wyposażeniu w ciętą końcówkę, rzucali tłumnie w kierunku , gdzie - jak mniemali, znajdowało się coś do upolowania. Niestety, z powodu tradycji plemiennych, Ciskowie jak tylko mogli, zawsze unikali walki z wrogiem. Z tego powodu zwani byli również Niepokonanymi, ponieważ jeszcze żaden nieprzyjaciel ich nie dogonił. Unikali również widoku groźnych zwierząt,  które mogły swoim zachowaniem wprawić ich w stres i zakłopotanie. Rzucali tedy długie, ostre kije gdzie popadło, a czasem popadało na wioskę Grunwaldzian.

Pałkot wymyślił więc, że gdy tylko zwiad woja Rachdarka doniesie o rozpoczynającym się polowaniu zorganizowanym przez lud Cisków, natychmiast wyznaczone posterunki obsadzone wojami z rodu Patriota rozpoczną organoleptyczne namierzanie i strącanie ostrych kijów ciskanych przez Cisków. Ponieważ niełatwo szło strącanie kijów przeciw-kijami, Grunwaldzianie zaczęli ciskać tarczami. Rezultaty przeszły najśmielsze oczekiwania Pałkota i jego ludu: tarcze nie tylko wyhamowały ostre kije, ale także po chwili spadły na wioskę Cisków.  Wioska była nieduża, a Cisków było w niej akurat tylu, żeby dość łatwo zginąć pod wpływem wstrząsu, jakiego doznawały ich czaszki od uderzeń tarcz i dusze z przerażenia.

Dlatego też ród Cisków przepadł w mrokach dziejów bez śladu, a ród Pałkotów rozkwitł na dobre, niestety.

Ostały się jeno niedobitki, które po wielu latach odradzać się zaczęły gromadnie, zwane po-Ciskami.

Okowita

Oko Wita, czyli - pierwsza gorzałka

Niezgodna z rzeczywistością historia gorzałki, niekiedy nazywanej wódką, a ze staropolska - okowitą, wprowadza w błąd, skazując na zapomnienie jednego z herosów dawnej Słowiańszczyzny.

W borach nieopodal Łyskowa, tuż obok szlaku bursztynowego, mieszkał woj Wit. Miał on żonę, dwoje dzieci oraz teściową, zwaną popularnie Starą Kwoką, z powodu wieku i skrzekliwego głosu.
W zasadzie wynalazek powstał za sprawą Starej Kwoki, która do tego stopnia uprzykrzała żywot Wita, że ten większość czasu spędzał w lesie,  na rozmyślaniach natury filozoficznej. Czasami bywał w takich momentach głodny, a po jedzeniu zwykle miał ochotę napić się czegoś.

Pewnego dnia, mieszając kilka składników w ramach eksperymentu" ile jeszcze może zjeść teściowa, zanim zmieni miejsce pobytu", otrzymał napój, dosyć mocno zmieniający perspektywę widzenia świata. Nie mógł przewidzieć, że zwykłe ziemniaki z dodatkiem powstałym z buraków dadzą taki efekt.

Do tego stopnia napój zmienił perspektywę woja Wita, że już po pierwszej baryłce puścił oko do Starej Kwoki, po czym mógł - ale tego nie zrobił, wyjąć to oko z drugiej baryłki.

Stąd ta nazwa.

wtorek, 21 czerwca 2011

Koszta Rycha


Koszta Rocha (Kostaryka)

Ostatnio, dzięki kolejnemu przypadkowi, odkryto zdumiewające dokumenty, które zmieniają naszą wiedzę dotyczącą genezy niektórych państw oraz odkryć geograficznych. W zapomnianym wraku łodzi podwodnej U-342, spoczywającej u wybrzeży Wielkiej Brytanii, zabłąkany płetwonurek poszukujący pozostałych we wrakach torped, odnalazł ekscytujący materiał, na którym spisano historię odkrycia Ameryki Środkowej a w zasadzie niewielkiej jej części, zwanej dzisiaj Kostaryką.

Dębowy Roch z Zadymina

W puszczy okalającej Wielkie Jeziora, mieszkał dumny ród Dębowego Rocha, zajmując trzy osady i kilka wolnych palenisk. Głównym zajęciem mieszkańców Zadymina, bo tak nazywała się główna osada, było zbieranie wszelkiego dobra, jakie tylko można było znaleźć na drogach i bezdrożach dawnej Polski. Zwykle znajdowano te dobra u podróżnych, którym już stawały się niepotrzebne, specyficznie po spotkaniu z mieszkańcami Zadymina. Ponieważ szlaki handlowe - bursztynowy i okowiciany, biegły niedaleko osad, dóbr wszelakich było w bród w Zadyminie. 

Brudu także było pełno, a to z powodu częstych zmian w polityce zdrowotnej plemienia i występujących notorycznie niedostatków w budżecie emerytalnym (co było rozwiązywane w najprostszy sposób, a mianowicie pozbywano się emerytów, niektórych jeszcze przed ich przejściem na zasłużoną emeryturę). Przydomek 'Dębowy', Roch uzyskał, gdy na wieści o napadzie na osadę, w przypływie gniewu i olbrzymiej agresji, wyciął w pień (dębowy) swoją rodzinę i najbliższych krewnych, co - w rezultacie, zakończyło trwanie osad, ponieważ ostał się jeno Roch. Wtedy to, pod wpływem impulsu oraz rycerzy spod znaku Krzyża, zmienił imię na Rych i szybko wyjechał na Zachód, zabierając przedtem wszystkie swoje kosztowności. Zabrał również wszystko to, czego nikt nie zgubił.

Hiszpania

Nie wiedział o tym, ale dotarł do Hiszpanii, w momencie wyruszania wyprawy Kolumba i - w zamian za udział w sfinansowaniu części wyposażenia, otrzymawszy pod swoja komendę jeden z okrętów floty Kolumba - karawelę Pinta, ruszył do ameryki. W czasie jednej z burz utracił łączność z Kolumbem na Santa Marii, i dotarł do Ameryki Środkowej, gdzie wyszedłszy na ląd i ujrzawszy tubylców, z podkreśleniem płci żeńskiej, zawołał: "to jest życie!" i założył miasto - państwo, które nazwał (nawiązując do swojego udziału w finansowaniu podróży) - Koszta Rycha. 

Po wielu latach nazwa została przekształcona na Costa Rica i tak już jest do tej pory.

sobota, 18 czerwca 2011

Historia Sake


Rok 1644. Gdzieś w Tybecie. 

Zalany kompletnie portugalski kolonista, leżąc w kałuży dostrzega w niej olbrzyma, do którego odzywa się słowami: 'Hi,  Malaj!" (odezwał się tak, ponieważ wiedział, że poprzednio byli tu Anglicy). Olbrzym był w rzeczywistości pigmejem, kuzynem Malaja, który już widział wojsko europejskie, a dokładnie polskie pod wodzą Napoleona Bonapartego. Nie wiedząc, czego od niego chce pijany europejczyk leżący w kałuży, zapytał, używając słów, jakie usłyszał od Polaków: "Ja, Pan ?". 

Stąd wzięła się nazwa Japonia, przywieziona przez pijanego Portugalczyka, Vasco da Gameza do Europy. Umiejscowienie tego kraju było na początku trudne, ponieważ Portugalczyk po wytrzeźwieniu nie pamiętał, gdzie był, mapa mu się gdzieś zapodziała, ale, ponieważ miał przy sobie alkohol, który nazywał Sake , zrozumiano, że był na wyspach niedaleko Chin.

I  tak dochodzimy do Sake.  

Nazwa Sake pochodzi zresztą od anglika, Dicka Wellingtona, który - po poczęstowaniu się tym alkoholem podczas przyjęcia zorganizowanego na wyspach niedaleko Chin, przez jednego z wodzów tajskich, jak się mu wtedy wydawało, Taipana, krzyknął na chwilę przed utratą przytomności 'for God's Sake" . 

I  już jedynie Wellington...

Nazwa - Wellingtony, określająca do dzisiaj kalosze, pochodzi z kolei od nazwy butów, jakie miał na sobie Dick, przez przypadek zresztą - otóż zgubił on swoje oficerskie obuwie, a w zastępstwie jakiś uczynny Malaj okleił mu nogi do kolan korą drzewa, która nie przepuszczała wody. Jak się później okazało, było to drzewo zaimportowane z Ameryki Południowej przez mieszkańców małej wioski Tybetańskiej, nazwanej w języku Kanji  Guh-Ma. 

Właściwości tego drzewa do tej pory są wykorzystywane szeroko w przemyśle, a materiał otrzymywany z niego do dziś nosi nazwę guma.

czwartek, 16 czerwca 2011

Polskie akcenty na Dalekim Wschodzie

Bartoch Ku-Faj-ka

Rok 1719. wczesnym porankiem na świat przyszedł Bartoch, syn zamożnej rodziny mieszczańskiej, w której ojciec - Medianta, grał główną rolę. Nikt nawet nie przypuszczał, że ta skromna rodzina, wiążąca od stuleci swój byt z propagowaniem reminiscencji (zwanym od tamtych czasów PR) , czyli z kreowaniem pozytywnego wizerunku rządzących poprzez odwoływanie się do archetypów i reaktywacji baśni, jako wzorca postępowań dla ludowych bohaterów, wydała właśnie na świat jednego z największych odkrywców w historii. 

Początki

Bartoch już od wczesnego dzieciństwa wykazywał zdumiewające inklinacje do odkrywania świata, wykraczając daleko poza zdolności percepcyjne  za co nieraz - z powodu braku zrozumienia przez jemu współczesnych,  był karcony.  Jako przykład, kronikarz Franz Gutek IV, podaje pierwsze w rodzinie Bartocha poranne odkrycie służącej od lat w jego rodzinie kucharki, które to spowodowało wieloletni stres u młodego Bartocha, a z którego udało mu się dopiero wyjść za pomocą młodej i pięknej siostry szamana plemienia Hoks-dum-Czarum z Afryki. Nie znajdując zrozumienia w rodzinie i u sąsiadek,  zestresowany Bartoch ruszył w świat i tak zaczęła się epoka kolejnych odkryć, nie mniej pasjonujących.

Podróż

Bartoch ruszył na Zachód, jednak - z niewiadomego powodu (niektórzy historycy mówią, że z powodu błędnie działającego kompasu, inni - że kompas działał dobrze, ale Bartoch patrzył nań do góry nogami), trafił na tereny pod rządami plemienia Czukczów. Ich wódz, widząc mizernie ubranego, młodego - a zatem obiecującego, człowieka, ubrał go w ludowy strój Czukczów, Kufajkę. Zaopatrzony w jadło i picie (z przewagą picia, które rozgrzewało Bartocha podczas podróży przez zaśnieżone tereny Syberii), dotarł do Chin. Tam, korzystając z listów polecających wydanych przez wodza plemienia Czukczy Wielkiego, założył małą firmę, zajmującą się importem i eksportem tekstylii. 

Firma nazywała się Tei-Sirt, a sprzedawała głównie chińskie materiały do Europy, oraz - co było sprytnym pomysłem Bartocha Ku-Faj-Ki (jak nazwali go Chińczycy), używane koszule, z poobcinanymi rękawami (dzisiejsza nazwa: T-shirt).

środa, 15 czerwca 2011

Początki demokracji


Wybór Zdębienia, czyli początki demokracji

W małej osadzie malowniczo położonej w samym środku lasu, nieopodal jeziora Dziurdzia, zamieszkiwał ród Dryba.

Od dawien dawna, najmłodsi z rodu wybierali Najstarszego, który to miał za zadanie kierować rozwojem ludu, obierając odpowiednie kierunki i wyznaczając trendy. 

Niestety, po najeździe Ćwoków (niby to samo plemię, a jakby mniej inteligentne), w osadzie zostali jedynie najstarsi, zwykle w takim samym wieku. W rezultacie zamieszania, Drybowie nie mogli się zdecydować, kogo wybrać na wodza.
Tedy zaproszono Wiedźmina Zdębienia, który miał wesprzeć Drybów w potrzebie i rozwiązać problem, kto ma dowodzić plemieniem.

Zdębień, czarownik z dużym doświadczeniem, tuż po praktykach szamańskich odbytych u zaprzyjaźnionego maga GKhou-Rrwy, po powrocie z upalnego kraju na dalekim południu, rozwiązał problem Drybów w sposób nowatorski, jednakże innego sposobu nie widział, zwłaszcza, że był ciągle pod wpływem napoju którym się raczył od pewnego czasu, o dźwięcznej nazwie Oko Wita (pochodzenie nazwy i napoju opisujemy w innym dziale).

Zdębień zwołał plemię i zarządził, że dla dobra całego plemienia, dla jego przyszłości, dla dobrych kontaktów z sąsiadami a także w celu zniesienia embarga na Leśne Gówno, każdy będzie mieć prawo wskazania swojego kandydata na Najstarszego. Dla poprawnego rozwoju sytuacji i uniknięcia wszelakich kłopotów i swarów plemiennych, będzie można wskazać zaś wyłącznie wiedźmina Zdębienia.

I tak się też stało.